Panująca nerwówka przed świętami to norma w mojej rodzinie.


Jest rok 2003, krzątamy się po mieszkaniu, trzeba sprzątać, gotować, narzekać, bo zawsze jest dużo roboty, a potem, nie ma kto tego zjeść. Nagle do mieszkania wchodzi brat z zawiniątkiem. Bez słowa czmycha do pokoju. Jednak nikogo to nie dziwi, bo tak zachowuje się na co dzień, wiesz taki młody gniewny. Kiedy już mogłam odsapnąć, poczułam, że coś nie gra, weszłam do pokoju i oniemiałam.

Brat głaskał coś maleńkiego i syczał przez zęby coś w rodzaju ciiiiiii. Zapytałam go, co to jest i skąd to ma, na co On bez wzruszenia powiedział, że kumple mu dali na urodziny. Odebrało mi mowę, co rzadko się zdarza. Zaraz za mną wszedł nasz drugi brat oraz babcia. I się zaczęło.

Następnego dnia pognałam z suczką do weterynarza. Oczywiście oberwało mi się najpierw od lekarza, bo to nieodpowiedzialne było, ponieważ szczeniaczek został za szybko zabrany od swojej mamy. Później była awantura z bratem, bo to jego prezent przecież, a ja, gdy jego nie było, zabrałam ją z domu. Tradycyjnie wzięłam wszystko na siebie, bo to był ten etap w moim życiu, kiedy myślałam, że uratuje cały świat i że chronię w ten sposób brata, który miał zaledwie piętnaście lat.

Weterynarz podłączył ją do kroplówek, podał jakieś zastrzyki i spędziłam w klinice kilka godzin, zastanawiając się, skąd ja w tym momencie wezmę pieniądze na to wszystko. Byłam przecież bez grosza.

Na całe szczęście przyszedł właściciel kliniki, znał mnie i wiedział, że będę potrzebowała czasu na uregulowanie rachunku. Ponieważ, to nie był pierwszy raz, gdy zwróciłam się do niego o pomoc.
Kiedy opowiedziałam właścicielowi klinki, co się wydarzyło, chwycił się za głowę i powiedział, że ma nadzieje doczekać czasu, kiedy to ludzie będą odpowiedzialni. Kazał mi się niczym nie przejmować i tak jak wcześniej wierzyć, że odratujemy to szczenię.


Cały czas przy niej byłam, mówiłam, śpiewałam, tuliłam.


Jednak przyszła pora, że musiałam jechać a Ona zostać, ponieważ bez ich interwencji mogła odejść. Od weterynarza odebrał mnie mój chłopak i towarzyszył mi do samego mieszkania, bo w nim musiałam stawić czoła bratu. Nasze relacje zawsze były skomplikowane, ale to nie pora i miejsce na ich opis. Ostatecznie wszystko skończyło się dobrze.

Sonia, bo tak została nazwana, przeżyła. Dwa tygodnie była dokarmiana butelką i trzy razy w tygodniu przez miesiąc kroplówkami w klinice. Nie oddałam jej bratu, zresztą przyszedł taki czas, że stała się mu obojętna. Nawet nie chcę myśleć, co mogło się wydarzyć, gdybym w porę nie zabrała jej do weterynarza.

W tym wpisie chcę skupić uwagę na odpowiedzialności, jaką powinien ponosić człowiek w stosunku do żywego stworzenia. Ponieważ decyzja o posiadaniu psa powinna być przemyślana. W obecnych czasach mamy dostęp do takiej wiedzy, za którą lata temu dałabym się pokroić. Bardzo smucą mnie ludzie, którzy traktują psa jak rzecz. Smucą mnie też waśnie międzyludzkie. Walka, jaka toczy się, kiedy ktoś decyduje się na psa w swoim domu.

Zaglądanie ludziom w portfele, próby wpływu na decyzje, narzucanie swoich racji bez sensownej argumentacji. Ludzie ludziom gotują czasami taki horror, że brak słów. W tym tekście przedstawię moją opinię dotyczącą najczęstszej przyczyny konfliktu.


Kupić czy zabrać ze schroniska?


Daje sobie prawo do wyrażania takiej opinii, ponieważ na podstawie własnych doświadczeń, oraz wielu konsultacji, potrafię dostrzec plusy oraz minusy każdej z tych decyzji. Decyzji, którą należy podjąć w pełni świadomie, bez dopuszczania zbyt wielu emocji. Chociaż w życiu kieruje się głównie sercem, to w przypadku decyzji dotyczącej posiadania psa, nie jest ono pierwszym doradcą. Zacznę dość ostro.

Próby wywarcia na drugim człowieku poczucia winy, bo nie zabrał psa ze schroniska to bardzo płytka zagrywka. Stosowana przez tych, którzy uważają, że coś jest czarne albo białe i nic poza tym nie istnieje. Z nimi nie da się porozmawiać, ich lepiej się wystrzegać. I w tym miejscu się pytam, dlaczego niby ja mam odpowiadać za cierpienia psów, które są w schronisku? Czy ja się do tego bezpośrednio przyczyniłam? Oczywiście, że nie i nie zamierzam pozwolić sobie na to, by ktoś wzbudzał we mnie poczucie winy, ponieważ już nie jedno w życiu widziałam i wiem, że więcej szkody można wyrządzić, niż dobrego zrobić, decydując się na psa ze schroniska.

Największą szkodą jest przyzwolenie na to, by nieodpowiedzialni ludzie wciąż i wciąż doprowadzali do tego, że te niewinne stworzenia tak właśnie kończą. W schronisku lub pałętając się po ulicach, szary człek nie pomoże, jeśli nie zostanie ustanowione solidne prawo dotyczące zwierząt. Potwierdzają to takie kraje jak np. Nederland (Holandia), gdzie do schroniska trafiają głównie psy po śmierci właściciela, a na ulicy nie uświadczysz bezdomnego czworonoga.

Jakim cudem? A no, nie cudem, tylko jest konkret. Urzędnicy poszli po rozum do głowy i zaczęli działać. Zaczęło się od sterylizacji i kastracji. Koszty na swoje barki wziął rząd, następnie wprowadzono wyższy podatek od kupna psa. Wprowadzono takie prawo, że osoba, która zaniedbuje lub maltretuje psa, otrzymuje karę grzywny w wysokości około 16 tys. euro lub może trafić do więzienia na trzy lata. Powołano również specjalną służbę upoważnioną do odbierania psa oraz pilnowania i przestrzegania ustanowionego prawa. Czy to faktycznie pomogło? Tak. Społeczeństwo zrozumiało, jaka wiąże się z tym odpowiedzialność. Bo pies, to nie zabawka.


Od dziewięciu lat mieszkam w tym kraju i osobiście doświadczyłam kontroli urzędnika.


Ogólnie teraz już wiem, że należy zarejestrować psa w gminie. Gdy się to zrobi, płacisz podatek, oni mają wszystko w komputerze i raczej nikt do Ciebie nie przyjdzie. Chyba że ktoś uzna, że Twojemu pupilowi dzieje się krzywda i wyśle kontrolę. Albo zwyczajnie urzędnik wpadnie sprawdzić, czy aby przypadkiem komuś się nie zapomniało dokonać rejestracji. Byłam jedną z tych osób, które nie doczytały wszystkiego, przenosząc się do innego kraju. Na szczęście urzędnicy, to też ludzie i jeśli nie krzywdzisz psa, nie musisz obawiać się kary. W mojej sytuacji wyglądało to tak, że po otwarciu drzwi zostałam poproszona o dokumenty potwierdzające rejestracje psa w gminie. Zonk. Nie posiadałam. Skończyło się pouczeniem oraz poinstruowaniem co mam zrobić dalej.

Od tamtej pory do 2017 roku płaciłam podatek i wszystko było dobrze. We wrześniu 2017 r. nasza kochana Sonia odeszła do miejsca pełnego światła i miłości. Pisząc ten tekst, ryczę jak szalona. Jednak chcę to wszystko opowiedzieć, z kilku powodów. Jednym z nich, jest pokazanie, że można zrobić tak, bym ja lub Ty nie ponosiła odpowiedzialności za brak regulacji prawnych w naszej ojczyźnie. Wiem, że obecnie żyję w kraju, w którym to jest uregulowane  i zdecydowanie jest mi prościej, jednak to właśnie moi rodacy najczęściej próbują pociągnąć mnie do odpowiedzialności za „nie” moje czyny. Tak łatwo się nie dam.

Przejdź do części drugiej.


Podziel się, proszę swoim zdaniem lub doświadczeniem w komentarzu. W tamtym miejscu dzieje się magia i okazuję się, że często można w ten sposób komuś pomóc w podjęciu decyzji lub udzielić dodatkowej odpowiedzi na nurtujące pytania.


 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *